Ostatnio porządnie zaniedbałam tego bloga, ale wraz z powrotem inspiracji, postanawiam też coś napisać.
Różne rzeczy się działy w moim życiu i gdzieś pogubiłam swój zapał, radość i pasję. Ale to się chyba zdarza nawet najlepszym... Zatem kiedy właśnie coraz więcej trudnych wyzwań zaczęło się zbierać jako ciężar na moich barkach, co do którego ciężko mi było odnaleźć w sobie entuzjazm aby go ponieść - postanowiłam zrobić jedyną rzecz, co do której wiem, że nigdy nie szkodzi. "Wrócić do korzeni".
Nie mówię tutaj o jakiś wielkich medytacjach, wyjazdach na pustkowie, czytaniu mądrych książek, zmianie diety czy innych dziwacznych sposobach "słuchania głosu serca". Ja akurat odznaczam się czymś, co niektórzy nazywają "wstrętnym redukcjonizmem", więc skłaniam się ku najprostszym rozwiązaniom - pozwoliłam sobie marzyć. A raczej - pozwoliłam sobie pomarzyć o czymś innym niż marzę ostatnio i zobaczyć co się stanie. Moja wyobraźnia jest tak dzika, że często zaskakuje mnie samą, więc nie zawiodła mnie i tym razem.
Okazało się, że aby powróciła do mnie motywacja i kreatywna energia potrzebowałam sobie przypomnieć o pewnej myśli, która tuła się po mojej głowie i sercu już od kilku lat, od czasu do czasu nieśmiało się przypominając. Tym razem powróciła w bardziej skonkretyzowanej wersji - otóz kiedy wreszcie zakończę swoje studnia we wrześniu, mam zamiar pojechać na wolontariat (nie ma misję, bo jestem osobą świecką ;) ). Najprawdopodobniej to będzie Afryka - Południowy Sudan albo Tanzania. Ale do września mam jeszcze chwilę, więc to się okaże. Sprawa dotrze dziś (o ile już nie dotarła) do Ojca Prowincjała Afryki Wschodniej, który rozważy czy ma dla mnie jakąś "robotę" ;)
Od jakiegoś czasu zżerał mnie robak strachu, że nie mam bardzo konkretnych planów na przyszłość, że nie wiem kim chce być - a wtedy może się okazać, że stanę się kimś kim nigdy nie chciałam być i wyląduje tam, gdzie nie chciałam iść. Takie poczucie sprawia, że nawet rzeczy, które normalnie powinny być dla mnie radosnym wyzwaniem, stają się przykrym obowiązkiem.
Do czasu, kiedy pozwoliłam sobie iść za swoimi marzeniami - nie wiem jeszcze czy na pewno wyląduje w Afryce na trzy miesiące (a może sześć?), ale sama decyzja, że pozwalam sobie pójść tą drogą, o której długo marzyłam sprawia, że wróciła do mnie wena, radość życia i pozytywna energia. Trzeba pozwolić sobie być odważnym. I podjąć trop, którym się chce podążać - wtedy wróci radość z samego pościgu. A po czym poznać, że jesteśmy na dobrej drodze? Po tym, że nawet kiedy zmęczenie po całym dniu pracy Cię dopada, patrząc w lustro nie możesz jednak powstrzymać uśmiechu na myśl o tym, że Twój cel jest bliżej niż był wczoraj...